DZIEŃ W WIOSCE
(NA POŁUDNIOWYM PACYFIKU)
—
—
Leżymy z Beatką z głowami na progu naszej małej fale (chatki 2,5 x 3 m z drewnianym szkieletem i z blachy), patrzymy w gwiazdy, zmęczeni i szczęśliwi. Miki śpi na materacu, a my myślimy i czujemy w sercach, że to co doświadczyliśmy dziś, to jest TO.
Dokładnie to, o czym marzyliśmy, gdy pierwszy raz powstała w ogóle idea o wyjeździe na Tonga.
(Tak naprawdę już jakiś czas po tym jak straciliśmy nadzieję, że to się wydarzy.)
Wielopokoleniowa Rodzinna Wioska.
Organiczna wspólnota.
Małe domki dla każdej mniejszej rodziny relatywnie blisko siebie na relatywnie małej przestrzeni ogrodzonej płotkiem z kamieni – żeby świnie nie wchodziły. Z nami 10 dorosłych i 9 dzieci i nastolatków w różnym wieku (8 chłopców!). Zbocze góry, kamienie. Gdy słońce – pył, gdy deszcz – błoto. Otaczają nas drzewa mango, kawałek dżungli i zaraz za nimi plantacje obfite w banany, kokosy, kape, taro, i inne. Widok na ocean gdzieś w dole.
—-
DZIEŃ W WIOSCE
Wspólna praca, bycie, odpoczynek cały dzień – najpierw razem robimy śniadanie z jedną z rodzin, potem ja przez kilka godzin z mężczyznami na plantacji, Beata z coraz bardziej przyjaciółką obrabia liście loakau, z których później tutejsze kobiety wyplatają misterne maty. Potem razem liście.
Rozmawiamy, śmiejemy się, trochę śpiewamy. Obiad zrobiony przy śniadaniu. Przerwa żeby zjeść i odpoczynek. Razem i każda rodzina ma swój talerz.
Po 15 wracają starsze dzieci ze szkoły podstawowej – wypełniają przestrzeń swoją dziką żywotnością, śmiechem, krzykiem, zabawami, bieganiem po drzewach.
Miki, nasz dwuletni synek biega w ekstazie, kłóci się z nową małą przyjaciółka, śmieje, brudzi i tak w kółko. Bawią się WSZYSTKIM. Fajnie jak są zabawki dziecięce, ale lepiej jak wszystko (w granicach rozsądku) jest zabawką. Przez większość czasu wygląda jakby przeżywał przygodę życia. To jest dosłownie jego DOM – bo nie wyobrażam sobie w tej chwili żeby gdzieś mógł czuć się lepiej, bezpieczniej i lepiej się bawić.
Dzieci bawią się ze sobą, starsze dzieci opiekują się młodszymi, nie tracąc przy tym swojej żywotności. Swobodnie przechodzą z domu do domu – wszędzie widziane, wszędzie zaopiekowanie – tak, że na koniec dnia mamy poczucie, że ledwo spędziliśmy czas z naszym synkiem.
Jesteśmy razem. Inna rodzina robi kolację, którą dzieli się że wszystkimi. Nikt się na nic nie umawia, to DZIEJE SIĘ.
—
BYCIE RAZEM
Choć każda rodzina ma swoje, to dzielą się obficie ze sobą. We właściwych ilościach, we właściwym czasie.
Każdy coś robi dla ogółu, niby każda rodzina oddzielna, a każda razem. Łączymy się i rozdzielamy, potem znów łączymy w różnych konfiguracjach. Nie ma żadnego planu, rozkładu dnia, a jednak wszystko działa niesamowicie sprawnie, każdy wie, co robić i kiedy to zrobić. Naturalnie i organicznie.
Nie wiem jak to działa, ale działa i co więcej, mam poczucie, że dość szybko staliśmy się tego częścią (nie bez naszych oporów i neuroz rzecz jasna).
To niesamowite uczucie czuć ten organizm energetycznie (gdy już go czuję) i być jego częścią.
Nie wiemy jeszcze jak w tym być i nie zatracać siebie – być częścią, ale nie oddawać centrum i decyzyjności. Jak żyć życiem wioski i zachować swoje praktyki i nasze rodzinne sposoby bycia ze sobą i rytuały. Jak dzielić się, przyjmować, jeść z nimi i nie jeść niezdrowego, tłustego jedzenia. Itp.
Nie mamy pojęcia. I m.in. tego chcemy się tu uczyć i praktykować.
Póki co praktycznie wszędzie, gdzie trafiamy w bliskim życiu razem, mamy doświadczenie oddawania naszego centrum, żeby przynależeć i nie tworzyć konfliktów (oddzielny esej).
—
RELACJA
W tym wszystkim jest świeża jeszcze ekscytacja bycia ze sobą – gdy to piszę, mieszkamy tu dopiero tydzień.
Choć relacje z jedną z rodzin, która nas zaprosiła (rodzicami i chłopcami), budowaliśmy ponad dwa miesiące – przychodząc co niedzielę na Umu ( piec wykopany w ziemi, w którym na przykrytych gorących kamieniach tradycyjnie piecze się potrawy owinięte w liście lu); widując się prawie codziennie z chłopcami w szkole obok której mieszkaliśmy; ja chodząc prawie co tydzień pić z miejscowymi mężczyznami kave (tradycyjny napój wysp Pacyfiku robiony ze sproszkowanego korzenia rośliny kava) i pracując czasem razem.
—
CIENIE
I nie, nie są „idealni” (cokolwiek to znaczy dla kogo). Zbierają powoli wysypisko śmieci za kamiennym murkiem, czasem pod domem, jedzą masy cukru , taniej mąki i puszek z rybą z importu, lubią słuchać mega głośno Tongijskiej pop-muzy, dają dzieciom klapsy jako wychowanie i większość pali papierosa za papierosem.
Jak wszyscy mają swoje cienie gdy poszukasz głębiej – zawiści, plotki, zazdrości, lęki, ucieczki, maski, itp.
Nie mają tej głębokiej duchowości Natury, której szukam (mają swoją). Wciąż nie są wioską z Avatara. Daleko im do niej.
I są. Są realni, prawdziwi. Nieidealni, prości i mądrzy jeszcze narzuconym codziennym obcowaniem z dzikością, ziemią, fizycznością, limitami, śmiercią.
No i tak już poza wszystkim zakładam, może mylnie, że jeszcze jakieś kwasy będą się między nami wydarzać przez kolejne dwa miesiące – bo tyle na teraz chcemy tu być. Jak to między ludźmi.
—
PRAKTYKA SMUTKU KOŃCA
Pod tą radością i poruszeniem jest też dużo smutku. Bo nasza rodzina (ta, która nas zaprosiła – przyjaciele) za miesiąc płynie na główną wyspę promem, a stamtąd do Australii do pracy na kilka miesięcy. Bo tak długo to trwało zanim się znaleźliśmy (jak to Beatka powiedziała), a teraz mamy tak krótko czasu radości razem.
A może aż? Aż miesiąc?
I jeszcze głębiej smutek (i gniew też), bo póki co to najbardziej dzikie i żyjące „naturalnie” ludzkie miejsce na jakie trafiliśmy tutaj i być może za parę lat już nikt tu nie będzie mieszkać i nikt nie będzie żył tym pięknym, bogatym i trudnym życiem.
Najstarszy z synów za chwilę idzie do starszej klasy – nowej szkoły na innej wyspie i cała rodzina oprócz ojca przeprowadza się z nim. Po rozmowach z nami (to temat na oddzielny esej) , mówią, że wrócą tu wszyscy, żeby wieść życie na dzikiej wyspie – górze. Życie, które kochają.
Czy wrócą?
To smutek i nastrój, który jak wyobrażam sobie, czuli europejscy antropolodzy, którzy razem z cywilizacją przybywali do ostatnich czysto rdzennych kultur i osad planety, z pośpiechem opisując ich ostatnie lata i dni, „bo przecież za chwilę ich już nie będzie”. Ich ostatnią przedsmiertną żywotność, przed nadejściem jeźdźców apokalipsy – globalizacji, modernizmu, industrializacji i chrześcijaństwa.
I cóż, może oprócz wszystkich tych lekcji i obfitości doświadczeń to lekcja życia że świadomością śmierci tego doświadczenia. Nawet jeśli tak bardzo chcielibyśmy je przedłużyć.
Praktyki bycia z tęsknotą i smutkiem końca, żeby doceniać bardziej to, co jest, jeszcze.
Gdy to piszę, coś z głębi podpowiada mi , że gdziekolwiek życie mnie pokieruje, ta praktyka bardzo się przyda w nadchodzących latach (mam na myśli kryzys klimatyczny).
—
I gdy tak leżeliśmy z Beatka, w sercu rozgosciło się uczucie i myśl, że cokolwiek się nie wydarzy, nawet jeśli to doświadczenie nie osądzi się w nas tak, jakby mogło, to doświadczyliśmy TO.
Doświadczyliśmy, że TO istnieje. Że TO jest możliwe.
I gdziekolwiek nie pójdziemy, pójdziemy tam z TYM doświadczeniem w sercach.
0 komentarzy do “DZIEŃ Z ŻYCIA W WIOSCE”