Na wielu poziomach i płaszczyznach. Może jeszcze nie zdajemy sobie sprawy z tego jak bardzo. Może jeszcze nie czas, żeby stawiać tak odważne tezy, zwłaszcza, że wciąż w niej jesteśmy. Podróż trwa.
Zebraliśmy się i wywieźliśmy na małą wyspę, na prawie najdalej wysunięty kawałek świata, patrząc z perspektywy Polski, na północne wyspy Królestwa Tonga. Dalej można polecieć tylko na Rarotonga (Wyspy Cooka).
Patrząc na tą decyzję, kiedy tu jesteśmy, widzę to teraz jako kilkumiesięczny ODWYK. Od całego tego chaosu i błyskotek cywilizacji, którym nie byliśmy się w stanie oprzeć mieszkając w Polsce.
Zbyt duża intensywność życia.
Przebodźcowanie (za dużo ludzi, za dużo wydarzeń, za dużo bardzo różnych spraw do załatwienia).
Izolowanie się i nasz nuklearna rodzina żyjąca głównie sama.
Roztrzęsienie i trudne stany emocjonalne i psychiczne.
Zajadanie emocji i w ogóle skomplikowana relacja z jedzeniem.
Dostęp do nieograniczonego łącza internetowego z którego nikt nie nauczył mnie i was zdrowo korzystać i widzieć oprócz dobrodziejstw aspekt uzależnienia, tracenia czasu, ukrywania się w facebookowym avatarze…
Ta podróż to na głębokim poziomie forma ochrony Życia. Sposobu życia. Życia w nas. Jakiejś esencji zapomnianej przez nas. Ale nie tylko mnie i Marcina. Tego większego 'Nas’. Kolektywnego. Generacyjnego. Społecznego.
„Uciekacie z cywilizacji”? Zapytał nas pewien 70 letni Szwed, którego zaprosiliśmy na obiad razem z żoną do naszego domku. Przypłynęli jachtem, od 12 lat żeglują po świecie na emeryturze.
Moja pierwsza i automatyczna odpowiedź była: „NIE! Po co uciekać od cywilizacji”?
(Chyba nie chciałam wyjść na jakiegoś prepersa, który wyjechał w dzicz przygotowywać się na najgorsze konsekwencje kryzysu klimatycznego).
Ale patrząc na nasze obecne codzienne życie, to chyba trochę tak. Uciekliśmy od cywilizacji. Gotujemy na ogniu, na co dzień praktycznie nie używamy technologii (żeby mieć internet, w dodatku bardzo słaby, musimy zejść na plażę), nie jeździmy autem, nie pracujemy w korpo, ani na etat. Coraz więcej jedzenia zdobywamy z wyspy (głównie dzięki polowaniu zaprzyjaźnionych ludzi, z którymi wymieniamy się na inne jedzenie), uczymy się patroszyć ryby, kury, dzikie ptaki.
To taki rodzaj Odpamiętywania. Przypominania sobie czegoś, co nasze ciała, stęsknione za ruchem, pracą fizyczną, małymi ranami, obtarciami, poparzeniami, doskonale pamiętają i mają zapisane bardzo głęboko w pamięci komórkowej. Trochę dziczejemy.
Marcin nawet ostatnio powiedział, że robią się z nas jaskiniowcy. Chyba tak.
Patrzę z tej małej wyspy na twór ZACHODNIEJ KULTURY WSPÓŁCZESNEJ. Patrzę i przeraża mnie jak 'mocny jest paradygmat, który sprawia, że wszyscy (my mieszkańcy globalnego, cywilizowanego świata) mamy być identyczni i w identyczny sposób interagować ze światem’.*
Na tej małej wyspie ludzie żyją jeszcze w tradycyjny sposób, ale ze smutkiem widzimy, że na głównej wyspie i w stolicy, jest trochę jak w każdym innym mieście na świecie.
„Ludzie z poza zachodnio- europejskiego kręgu kulturowego stali się adaptywni do współczesnej kultury i zachodniego stylu życia, taki jaki jest jest im przywożony, jako szczyt ludzkiej egzystencji. Bez podważania haseł o sukcesie, osiągnięciach, dorobku i pieniądzach. Jesteśmy uczeni, żeby oddawać nasze centrum dla tych, którzy obiecują nam niebo na Ziemi: religię, kapitalizm, pieniądze, karierę..”**
* Tłumaczenie fragmentu tekstu Clintona Callahana ze strony Culture to Culture.
** Tłumaczenie fragmentu tekstu Clintona Callahana ze strony Culture to Culture.
Gdzie zaczyna się granica kiedy stwierdzasz, że to wszystko zaszło za daleko. To szukanie komfortu, łatwości i udogodnień i przyjemności życia codziennego. Ułuda. Szybkie pożyczki i szybkie zaspokajanie potrzeb. Instant gratification. Tak bardzo nie doceniamy tego, co mamy. W d*pach się nam na serio poprzewracało.
Słaba wola. ŚPIEW SYREN naszej cywilizacji i współczesnego zachodniego świata…to jak wpadnięcie do matni i pajęczej sieci.
ŚPIEW SYREN. Wiesz, że jest niebezpieczny. Nie masz z nimi szans. Wciąga Cię. Tak jest z tymi wszystkimi łatwymi dobrodziejstwami, błyskotkami i świecidełkami, dużą częścią dorobku naszej cywilizacji. Uzależnienia, choroby, samotność, izolacja i brak prawdziwych relacji.
Pytanie:
Jak wykreować sobie rzeczywistość i codzienność w której sami z własnej woli ograniczamy i odcinamy te potencjalne kuszenia, które nie są dla nas dobre (i to na głowę wiemy i kumamy) i zostawiać to, co jest autentycznie wspierające?
Odkąd przyjechaliśmy na Tonga w kwietniu w każdym nowym miejscu, w którym zamieszkujemy, wieszam na ścianie kartkę z napisem: SZTUKA WSPÓŁZALEŻNOŚCI.
Czytam ją od czasu do czasu, czasem z głębokim pytaniem, co to właściwie znaczy w praktyce, czasem zupełnie od niechcenia, kiedy przebudzam się rano.
Mieszkamy w wiosce, w której jest idealna (dla mnie!) proporcja natury i dzikości do ilości mieszkańców. Na wyspie mieszka około 30 osób.
To taka ilość, którą mogę ogarnąć. Zapamiętać imiona ludzi, wiedzieć gdzie mieszkają, jak są ze sobą spokrewnieni. Kiedyś chyba tak właśnie było. Mieszkaliśmy razem w niewielkich społecznościach, w których znaliśmy się nawzajem, wiedzieliśmy o sobie dużo (żeby nie powiedzieć, że wszystko :)).
0 komentarzy do “JEST SZANSA, ŻE TA PODRÓŻ URATOWAŁA NAM ŻYCIE.”