—-

Przypominam tekst napisany kilka lat temu. Bo jest dobry, kontrowersyjny i bardzo dla mnie ostatnio aktualny (i wręcz myślę, że ogólnie uniwersalny!).
Jeśli znasz, to warto odświeżyć. Jeśli nie znasz, to nie pożałujesz :).

—-

Wrzesień 2020 roku. IV edycja Męskiej Wyprawy do Lasu, którą współorganizuję. Stoję nagi pomiędzy dorosłymi i świadomymi mężczyznami. Żartujemy. Stoję gołymi stopami na trawie, właśnie wyszliśmy z zimnego górskiego strumienia, w którym się kąpaliśmy.

Jako mały chłopiec bałem się i wstydziłem brać prysznic z innymi chłopcami w szatniach, po wuefach, w sanatoriach, obozach harcerskich itp. Wstydziłem się i bałem, że okaże się, że będę miał małego (penisa), wszyscy to odkryją i będą się ze mnie śmiać.
Z tego strachu (nieuświadomionego, bo tak naprawdę nie przyznawałem się do tego nikomu, ale też sobie samemu), zawsze robiłem wszystko, żeby nie pokazywać się w pełni nago. Nie tylko przy dziewczynach i kobietach (to było oczywiste!), ale też przy mężczyznach i innych chłopcach. Bałem się nagości głównie dlatego właśnie (powtórzę raz jeszcze: że okaże się, że mam małego penisa i wszyscy będą się ze mnie śmiać). I nawet nie chodzi o to, że on był rzeczywiście mały. Już sam strach o to, tak bardzo mnie paraliżował, że nigdy nawet nie porównałem się z innymi.

Nie pamiętam skąd wziąłem ten pomysł: z telewizji, mediów, prześmiewczych dziecięcych rozmów, czy podsłuchałem u dorosłych. Tak czy siak, to było jasne, że o męskiej (i chłopięcej) wartości stanowi rozmiar jego penisa. (Teraz, gdy to piszę, chyba po raz pierwszy w życiu z taką mocą dochodzi do mnie absurd tego stwierdzenia).

Dawno o tym nie myślałem.

I teraz, wiele lat, wiele procesów, wiele wstydów, wydarzeń i wspomnień, oswojony z nagością, już ze świadomością, że rozmiar penisa zasadniczo nie ma znaczenia (a przynajmniej nie tak duży, jak mu nasza kultura przypisuje!), całkiem już zadowolony z Jego rozmiarów przy różnych okazjach, patrzę na swojego penisa skurczonego przez zimno (zwykle w zimnej wodzie bardzo się mi się kurczy).

Patrzę na ich penisy. I… kurde, mój jest najmniejszy!

Myślę o tych wszystkich latach chowania się przed chłopakami i prysznicami. Czuję gniew, trochę smutku, że to miało takie wielkie znaczenie dla mnie i tak bardzo sam siebie tym krzywdziłem. I też dużo sympatii do siebie i współczucia. I tak naprawdę to bawi mnie ten absurd.

– Patrzcie, jakiego mam małego! – krzyczę zawadiacko. – Widzieliście kiedyś takiego małego? Który ma mniejszego? No, który?!

Trochę żartem, trochę serio. Trochę, żeby uzdrowić siebie z tej traumy. Z tego absurdu. I też dlatego teraz o tym piszę. Nie dlatego, że taki chojrak ze mnie, bo czasem mam małego jak wyjdę z zimnej wody i o tym mówię i piszę. (No i przyznaję, że jest chochlikowa, część mnie, która rubasznie chichocze na myśl, że naprawdę o tym piszę i to publikuję!).

PENIS JAKO METAFORA ŻYCIA

To było jedno z bardziej uzdrawiających odkryć mojego życia. Które nie przyszło jednak jak grom z jasnego nieba, nagle zmieniając cały mój świat. To przychodziło raczej stopniowo, kawałek po kawałku, jak mistyczna układanka wiedzy tajemnej.

Odkrycie że…Tam, tam, tam, werble… nie zawsze mam małego. Ani nie zawsze mam dużego. I że w ogóle nie mogę powiedzieć o swoim penisie, że jest duży albo mały, bo w zależności od sytuacji zmienia swój rozmiar.

Inny jest w zwodzie (inny w różnych jego fazach i natężeniach), inny w stanie spoczynku (i tu również ogrom odcieni i subtelnych różnic), inny po lodowatej kąpieli w górskim wodospadzie, inny po ciepłym prysznicu. Oraz wiele innych inności. Teraz, gdy to piszę, zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle, kiedykolwiek mój penis wyglądał dwa razy tak samo!

I śmiem twierdzić (aczkolwiek zaznaczam, że pewności nie mam), że jest to prawda ogólna o większości penisów świata. Wielka Oczywistość i jednocześnie Wielka Tajemnica, o której mało kto mówi.

(Ciekawe, że chyba dopiero od niedawna zdaję się być w miejscu, w którym, ta różnorodność form staje się dla mnie nie tylko w porządku, ale nawet ciekawa!).

No właśnie. Nikt mi o tym nie powiedział, gdy byłem dorastającym chłopcem.

I to nie jest ani normalne, ani zdrowe, żeby penis był cały czas w wzwodzie. Duży penis nie przyda ci się, gdy będziesz biegać nago po lesie i polować na dziką zwierzynę (w wielu plemionach natywnych mężczyźni np. przywiązywali penisy tak, żeby się nie majtały i nie przeszkadzały). Nie wspominając o tym, że w czasie wzwodu większość krwi (a więc często też energii – chyba, że ktoś umie nią zarządzać) idzie do genitaliów, więc automatycznie jest jej mniej w innych rejonach ciała. Nie pomaga to, np. gdy trzeba ocieplić szybko inne członki i narządy wewnętrzne.

PRZYMUS EREKCJI

A jednak.
Tak wielu mężczyzn, łącznie ze mną, myśli, że musi cały czas ogarniać. Cały czas stawać na wysokości zadania. Że muszą być cały czas silni, ogarnięci. Że muszą być jak ten ukrwiony, pulsujący, gotowy do penetracji penis! Zawsze pełni energii, gotowi do akcji, radośni, nieustraszeni, bez smutku, strachu, no, może trochę gniewu, żeby było bardziej seksi. Niektórzy harują kilkanaście godzin dziennie, żeby udowodnić swoją wartość. Niektórzy stawiają na swoje barki cały świat, żeby ponieść go do lepszej przyszłości.

Tak jakbyśmy ciągle musieli być w erekcji. Jak facet, który, gdy już pada, bierze viagrę, żeby dłużej móc zaspokajać. Tak my czasami walimy kolejne kawy, techniki medytacji, narzędzia. Żeby mocniej, bardziej, dłużej, głębiej.

A to wciąż mało.

Porównujemy się i rywalizujemy ze sobą tak samo jakbyśmy porównywali swoje penisy pod prysznicami. Albo wycofujemy się w ogóle z gry i z fałszywym poczuciem wyższości odwracamy się plecami do swoich braci (nie będę się z wami bawić, bo jestem lepszy!), zabierając też ze sobą swoją moc i potencjał.

A gdy nie jesteśmy w erekcji, albo przynajmniej duzi na tyle, żeby móc się pokazać, chowamy się. Przed światem, ludźmi, znajomymi. Czekamy aż znowu urośnie. Bo przecież z takim małym, pokurczonym nie można się pokazać.

I wygląd zaczyna być ważniejszy od rzeczywistości. Jeśli mogę dobrze wyglądać, to znaczy, że jestem wart. Wypasione fury, wielkie wille, tytuły, drogie restauracje, wystrzelone dziunie, coraz to nowe, kolejne tytuły, błyszczące fejsbuki, sikory, ciągle nowe podróże dookoła świata, wielkie bicepsy, kolejne odhaczone kursy medytacji, techniki i kursy samorozwojowe.

Wciąż te przekonanie z tyłu głowy, że mamy być jacyś (erekcyjni!). Żeby móc być w społeczeństwie, w swojej mocy, żeby żyć swoim Powołaniem, swoją Misją. Tak naprawdę, to żeby móc być w ogóle.

Piszę ten tekst, bo spotkałem ostatnio wielu mężczyzn, którzy dali się złapać w tę pułapkę. Pułapkę niemożności bycia w niemocy. W słabości. W skurczu, wycofaniu.

Piszę to, bo sam dałem się złapać w tę pułapkę. I co jakiś czas w nią wpadam.

I wciąż od nowa odkrywam, że gdy tak pędzę z biczem w ręku na samego siebie, to pod spodem jest wciąż ten sam (przez większość czasu nieuświadomiony) strach, że jeśli nie będę tego robić, to inni (w tym przypadku faceci) odkryją, że mam małego i będą się ze mnie śmiać…

MAŁY CZY DUŻY – PENIS JEST EKSTRA

Podczas pracy z mężczyznami i ze sobą wciąż od nowa odkrywam i totalnie mnie to zaskakuje, że bardzo często to czego potrzebujemy najbardziej to pozwolić sobie (i swoim penisom), być tacy, jacy jesteśmy. Ale tak naprawdę. Nie z głowy, nie z mechanizmów obronnych i koncepcji, które sobie wymyślamy na swój temat i świata. Z ciała, uczuć, serca, duszy… A właśnie, że nie! Właśnie, że czasem też z głowy, z mechanizmów obronnych i koncepcji!

Bo jesteśmy ludźmi do cholery! I ludzie są niedoskonali (i w tej niedoskonałości doskonali).

I czasem się kurczą jak warunki nie sprzyjają, albo tego wymagają. Czasem od skurczu zależy przetrwanie.

To nie znaczy, że nie mamy się starać, czy angażować, że mamy nie ogarniać – wręcz przeciwnie. I wtedy może się okazać, że wszystko, nawet to, czego tak bardzo się boimy i co w sobie wyklinamy, może nam służyć i dokładać się do bardziej szczęśliwego i spełnionego życia.

Duży penis w wzwodzie jest ekstra. Mały penis skurczony po zimnej wodzie jest ekstra (choć na pewno inaczej!). Ekstra jest, gdy jest równowaga między nimi (i innymi rozmiarami i stanami).

A czasem to w ogóle nie jest ekstra ani trochę. I mimo tego dalej możemy robić swoje w świecie!

Każdy stan penisa ma swoje miejsce. Ma znaczenie. Biologiczne uzasadnienie. Każdy z nich może też być ucieczką przed czymś. I z jednej strony jest jaki jest i najwidoczniej Bóg tak chciał, że tak jest. A z drugiej strony jednocześnie możemy wpływać na te stany (chociażby ukrwienie, np. pocierając, czy wyobrażając sobie odpowiednie rzeczy). Pewnych rzeczy nie przeskoczymy (jak np. wrodzone limity ????), na inne mamy wpływ. W pewnych rzeczach możemy się ćwiczyć. W innych nie. Czasem potrzebny (i przyjemny!) jest wzwód, a czasem przyda się mały penis (gdy będziemy biegać nago po lesie!).

I tak samo w życiu (jak mniemam). Proste!

P.S. Nie roszczę sobie praw do tej metafory, więc zapraszam do swobodnego rozwijania tematu! ????

W kategorii: Męskie sprawy

0 komentarzy do “PENIS JAKO METAFORA ŻYCIA”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powiązane wpisy

Męskie sprawy

DLACZEGO WARTO CZUĆ?

Niniejszy artykuł mojego autorstwa został opublikowany oryginalnie na stronie Festiwalu Wibracje Jak oswoić smoka: dlaczego warto czuć?     „Wypieranie uczuć jest niszczycielskim procesem, który ogranicza i zmniejsza wewnętrzny puls życia, wewnętrzną żywotność i stan Read more...

Męskie sprawy

O (MĘSKIEJ) PRZEMOCY I NIE RADZENIU SOBIE ZE STRESEM W CZASACH WYZWAŃ

O (MĘSKIEJ) PRZEMOCY I NIE RADZENIU SOBIE ZE STRESEM W CZASACH WYZWAŃ — Dla mężczyzn, kobiet i ich dzieci.   — fot. Sacred Sons –   Nagle wszystko zaczyna go frustrować. Nie wiadomo skąd to Read more...

Męskie sprawy

Szczery czy miły?

fot. Hazel Silva Wolisz być szczery czy miły? Od dziecka uczyliśmy się jak zasłużyć na miłość, akceptację, uwagę i docenienie. Bardzo często jako dzieci budowaliśmy wymyślne strategie co zrobić, żeby nie podpaść, żeby nie ściągnąć Read more...