
Twoje dłonie, ciało oczernione ziemią. Leżysz zmęczony, zbolały po dniu pracy na plantacji. Chcesz spać, przytulać się, leżeć otulony w ciszy, może oglądać film albo czytać coś lekkiego – byle już żadnego wysiłku.
Ale jest pełnia księżyca. Do pełni często chodzicie z mężczyznami łowić ryby na rafę. Wtedy jest dobra widoczność i ponoć lepiej biorą.
Więc idziesz. Od początku jest trudno – strome zejście, zimny wiatr, stopy wyginające i ślizgające się na kamieniach, wzburzony ocean rozbijający się o skały.
I w którym momencie coś się zmienia – zmęczenie znika, zmysły wyostrzają się, wiatr staje się przyjemny, nogi same zaczynają układać się na nierównościach, a dłoń pewnie sięga po kraby na przynętę. Nie wiesz jak to się dzieje, ale twoje ciało zestraja się z otaczającą cię odwieczną dziczą.
Noc. Dla większości istot na tym styku światów to czas polowania – próby zdobycia czegoś do zjedzenia i nie zostania zjedzonymi przez kogoś innego. I jesteś też tam ty. Razem z nimi. Smagany wiatrem, czasem deszczem, mokry od fal rozbryzgujacych się o rafę. Zdobywasz pożywienie dla rodziny i swojej społeczności.
—
***Poniższy tekst jest literackim zapisem i hołdem z ponad 5 miesięcznego życia z rdzennymi mieszkańcami na wyspie Tafahi – jednej z najbardziej odizolowanych Wysp na świecie (Królestwo Tonga). Te kilka miesięcy były jedną z najwspanialszych i najbardziej znaczących przygód, doświadczeń, inicjacji mojego życia.***
—
ŻYWY DZIKI ŚWIAT
To świat, który możesz poczuć, dotknąć, powąchać, posłuchać, zobaczyć.
Świat, w którym ludzie wciąż jeszcze żyją i doświadczają ciałami i używają ciał. Tak jak nas stworzono. Tak, jak żyliśmy przez setki, dziesiątki tysięcy lat.
Zanim zaczęliśmy spędzać dnie i noce w kanciastych, zamkniętych pomieszczeniach.
Zanim nasze oczy przyzwyczaiły się do ekranów telefonów, monotonii pisanego słowa, wykresów i liczb, nieba zasłoniętego szarymi i szklanymi budynkami.
Zanim zaczęliśmy wykonywać nudne prace, a nasze uszy wypełniły się hałasem miast i krzykiem reklam, a nozdrza spalinami, smogiem i chemikaliami. Nasze systemy nerwowe przeciążone powodzią informacji, wrażeń, bodźców.
Zanim nadeszły plagi chorób ciała, psychiki, serca, ducha. Zanim zaczęliśmy żyć w światach wirtualnych i w głowach, bo otaczający nas realnie świat stał się tak bardzo nieludzki i nieprzyjazny dla naszych zwierzęcych ciał.
Zapraszam cię do sensualnej podróży po tym żywym świecie.
Gotowa?
Ruszamy.
—-
OCZY
Praktycznie z każdego miejsca wyspy-gòry widzisz ocean. Szeroki, rozległy, spokojny, lśniący od słońca, lub światła księżyca, wzburzony z gniewnymi falami przewalajacymi się po całej powierzchni, przykryty płaszczem deszczu i wiatru, i wszystko co jest pomiędzy. Razem z niebem bogaty w całą paletę odcieni błękitu.
Na brzegu czerń wulkanicznych skał miesza się z bielą piasku. Tuż za pasmem roślin – kwiatów oplatających plażę, zaczyna się las porastający strome zbocze. Wielkie, stare drzewa wyrastające między głazami i bujna roślinność różnorodna wiekiem i rozmiarem. W okolicach wyludnionej wsi i domów – poza nielicznymi wyjątkami rozwalającymi się i zarośniętych buszem – głównie las jadalny – wielkie drzewa mango, pomarańcze, kolczaste limonki, mandarynki, guawa, palmy kokosowe. Oprócz tego kwiaty i cała różnorodność drzew i roślin, które Tongijczycy używają w codzienności.
Jeśli ocean to królestwo błękitów, to tutaj zanurzasz się w soczystych odcieniach zieleni.
Pomiędzy nimi rafa! Cały wszechświat kolorów, kształtów, faktur, stworzeń. Kamienista, skalista, wrastające w ocean korzenie wyspy-góry i oceaniczne płuca.
W tym wszystkim oczy ciągle czegoś wypatrują . Ślimaki morskie i ryby na rafie, kraby przyczepione na głazach, owoce na drzewach, odpowiedni rodzaj i kształt drzewa, liście rośliny, ptak do zapolowania, wieloryb w oceanie do zachwytu. Co do zjedzenia, co trujące.
Wyszukują, klasyfikują, uczą się odróżniać subtelności i wypukłości terenu, kolorów.
Ta wyspa to królewski pałac uczty i odpoczynku dla oczu, sala treningowa, miejsce gimnastyki i medytacji.
—
RUCH
Wspinasz się wysoko na stare, do połowy martwe drzewo, żeby zerwać liście do zjedzenia dla konia. Przed chwilą przyniosłeś z buszu martwe drewno na ogień, na którym codziennie twoja rodzina gotuje jedzenie. Jesteś w samych spodenkach, oblepiony potem, kawałkami drewna, liśćmi ziemią i pyłem.
Siadasz wysoko na gałęzi i patrzysz na obfitość i różnorodność drzew, roślin, a za nimi ocean po horyzont. Wdychasz zapach drzewa i soków ze świeżo ułamanych gałęzi.
Czujesz ekstazę bycia w ciele. Zwinnym, silnym i zręcznym ciele, które korzysta ze swoich jakości w codziennym życiu. Każda ta czynność jest ważna. Daje ogień, jedzenie, tworzy przestrzeń dla rodziny, wioski.
I jest coś niesamowicie pierwotnie potężnego, gdy wchodzisz w rolę, którą Twoi Przodkowie pełnili przez setki tysięcy lat. Subtelne i głębokie poczucie mocy i spełnienia.
—
Twoje ręce uczą się subtelności i stają się rękami czeladnika (lub mistrza rzeźbiarza u ludzi, którzy są stąd), gdy z praktyką coraz zręczniej maczetą otwierasz kokosy, tniesz martwe drewno na opał, czy świeże na budowę, czy na konstrukcje do noszenia tutejszych warzyw i owoców.
Rzeczy robisz dłońmi. Czyścisz i otwierasz ryby, zwierzęta i warzywa, jesz, pleciesz kosze, zbierasz drewno i rozpalasz ogień, naprawiasz sprzęt domowy, wyrywasz chwasty pod uprawy.
—
Potem masz dosć tego życia i trudu i chcesz iść do kawiarni, najlepiej Herubin na rynku we Wrocławiu – z wygodnym fotelem, jazzem w tle – pić cappuccino i objadać się czekoladowym brownie.
Potem, razem z innymi mężczyznami, po zboczu góry, skałach i ponad dwustu stopniach betonowych schodów znosisz z wioski w dół na plażę na ramionach ciężkie kiście bananów albo w koszach z liści palmy kokosowych yam, liście loakau, wielkie kokosowe kraby. Tutaj wszystko odbywa się na nogach, ramionach, czasem koniach. To, co gdzie indziej robią maszyny – tutaj niemal wszystko robią ludzie. Nie ma samochodów, ciężarówek, wózków – nie ma dróg. Są wydeptane przez ludzi i konie ścieżki, dróżki i bezdroża. Czasem chodzicie tak po kilka razy – góra, dół, góra, dół. Ładujecie małą łódź z silnikiem , wszyscy pchacie ją do oceanu. Oni płyną załatwiać sprawy, zarabiać, kupować zapasy.
Twój przyjaciel i gospodarz zostawia ci pod opieką konia. Więc wsiadasz na niego i jedziesz wzdłuż oceanu, pustą plażą wulkanicznej wyspy. Napelniasz sakwy kokosami dla świń. Wozisz na koniu swojego dwuletniego synka, który to uwielbia. Skóra z wdzięcznością chłonie wiatr, słońce, cień.
Potem znów masz dosyć i chcesz się natychmiast teleportować do domu, kuchenki gazowej, kanapy, komfortu, klimatyzacji. Jechać długo samochodem, słuchać i śpiewać głośno „country road, take me home” z YouTube i zjeść hot-doga z musztardą na stacji benzynowej.
—
Na Tafahi wszędzie są skały, kamienie, nierówności – niemal każde przemieszczenie wymusza uważność i żywy kontakt z otoczeniem. Bujasz w obłokach? Za chwilę się przewrócisz, obijesz palce o skały, rozwalisz buty albo skręcisz kostkę. To metafora i dosłowność życia tutaj.
Miejscowi chodzą na boso ( lub w tanich japonkach) z gracją i zwinnością . Nawet małe dzieci. Nawet po skałach i rafie. I ty też się tego uczysz, po kilku tygodniach z sukcesami, choć nie bez bólu. Twój synek prawie nie zakłada tutaj butów.
Stopy – tak jak dłonie – z czasem stają się coraz twardsze, odporne i bardziej wrażliwe jednocześnie.
Uczysz się wyczuwać subtelności małych i dużych ruchów – balansowania na śliskich i ostrych skałach rafy, gdy idziesz łowić ryby (też na wietrze i też z pełnym workiem), przechylenia ciężaru na gałęzi, gdy wysoko na kolczastym drzewie sięgasz po owoce pomarańczy albo wspinasz się po świeże kokosy. Często od tej sensytywności zależy twoje zdrowie i życie .
Pomiędzy tym wszystkim jest dużo bezruchu – leżenia, odpoczynku, wyczekiwania. Zbędne ruchy i działania często są tu zbyt kosztowne. Zwłaszcza wtedy, gdy sklepowe zapasy się skończyły, a wiatr i fale na oceanie przez dwa tygodnie nie pozwalają ruszyć się z Wyspy i jesteście zdani tylko na pracę swoich rąk i łaskawość rafy. Uczysz się sztuki oszczędzania energii.
Potem patrzysz na miejscowych, głównie mężczyzn, którzy robią to wszystko większość życia. Patrzysz z jaką poruszają się z siłą, zwinnością. Jak niewyczerpaną mają wytrzymałość, jak żyją z tą Wyspą – jakby byli jednym. Widzisz 70 letnich mężczyzn sprawniejszych niż większość ludzi, których znasz. Jesteś pełen szacunku i podziwu, że w ogóle tak można. Zdajesz sobie sprawę jak daleko jesteś od nich. Jakbyście byli innymi gatunkami, odmianami homo sapiens.
—
DŹWIĘK
Uszy namierzają, wyszukują dźwięków. Skąd ktoś do Ciebie krzyczy? Gdzie mężczyźni w buszu wycinają rośliny pod nową plantację?
Gardło otwiera się, gdy krzyczysz „alu!” (Idź!) I szczerzysz zęby prychając do psów notorycznie próbujących zjeść Twoje jedzenie, gdy nie patrzysz; gdy nawolujesz ludzi gdzieś na stoku góry. Nie ma tu sygnału dla telefonów ani internetu.
W nocy szalone dźwięki świń mieszkających obok twojego małego fale ze ściętego drewna i blachy. Oprócz tego stali domownicy, którzy nie chcą spać – myszy, gekony, karaluchy. Przez kilka miesięcy w roku zdarzy się odległy śpiew wielorybów.
W dzień w wiosce nastolatki puszczają tongijski kiczowaty pop – głośno, długo, dla nich radośnie, dla ciebie bezlitośnie.
Podczas łowienia i zbierania ślimaków na rafie, w dzień i nocy, wsłuchujesz się w dźwięk fal uderzających o brzeg – tak rozpoznajesz ich wielkość i dostosowujesz zachowanie (zmiana pozycji ciała na bardziej stabilną, szybka ucieczka, itp.)
Pieśni oceanu i wiatru, czasem ciszej, czasem głośniej, na tej wyspie towarzyszą ci prawie zawsze.
—
SMAK
Gdy najbliższy sklep jest 8 mil przez ocean, jedzenie smakuje inaczej.
Czasem jesz jak królowa z tymi wszystkimi krabami, homarami, różnorodnymi rybami i owocami prosto z oceanu. A czasem jak biedny student – prawie rzygasz już smażonką na głębokim oleju i jedzeniem importowanych puszek z rybą i wołowiną.
Zwykle warzywa, owoce i mięso jesz tak jak miejscowi – bez sztucznych smaków, przypraw, często nawet bez soli.
Owoce, poza kokosami, są rzadziej niż częściej. Ale gdy są… Świeży banan prosto z kiści, pomarańcza z buszu, guawa przyniesiona przez chłopców, wyczekane mango. I kokosy! Po ciężkim wysiłku w upalny dzień, woda z młodego kokosa to czysta ekstaza – Bogowie i Boginie wlewani do twojego przełyku.
—
DOTYK
Czujesz zmiany powietrza. Piekący upał w pełnym słońcu, ratunek i wytchnienie cienia pod wielkimi drzewami mango. Każdy powiew wiatru głaszczący skórę i nieznośny bezruch powietrza, prawie jakby nie było czym oddychać.
Deszcz na gołej skórze. Czasem ciepły – możesz wykąpać się w ulewie. Nagie ciało schnące przy ogniu po kąpieli w oceanie już po zmroku. Ocean i jego temperatury w różne pory dnia i roku.
Pot. Dużo potu. Błoto na stopach. Brud – nie możesz z nim wygrać, wiec równie dobrze może stać się twoim przyjacielem.
Ból. Towarzysz. Częściej jest, niż go nie ma. Dziesiątki małych i większych zadrapań, skaleczeń, obtarć, ran, uderzeń i siniaków. Jak ślady na ciele po ognistej i upojnej nocy z ukochaną. Lekcja jeszcze większej gracji w poruszaniu się po świecie. Znaki dobrego życia.
—
I w którymś momencie, i nawet nie wiesz jak to się stało, orientujesz się, że kochasz to życie.
Często go nie lubisz, często chcesz przed nim uciec. I, z całym pakietem, kochasz je.
I w czerni nocy, oświetlanej tylko przez gwiazdy, przytulasz się do ukochanej przed zaśnięciem i myślisz, że to naprawdę niezwykłe i wspaniałe, że gdzieś na świecie ktoś tak jeszcze żyje.
I że ty, razem ze swoją rodziną mogłeś i możesz tego życia doświadczyć.
0 komentarzy do “PODRÓŻ DO DZIKIEGO, ŻYWEGO ŚWIATA”