Trafiliśmy tam, gdzie chcieliśmy.
Nie tam, gdzie myśleliśmy , że trafimy.
Ruszyliśmy nagle i bez planu, bo akurat była okazja zabrać się motorówką, która wiozła dentystę na naszą wyspę.
Ruszyliśmy nieprzypadkowo, bo od początku, gdy dowiedzieliśmy się o północnych wyspach Tonga, najbardziej chcieliśmy właśnie tam.
—
Jesteśmy tu już ponad 3 tygodnie (obecnie z przerwą na innej Wyspie na załatwianie spraw) i będziemy jeszcze miesiąc.
Dalej i bardziej dziko już nie będzie. Nie tym razem, jeśli w ogóle można.
Nie ma tu samochodów, sklepów, sygnał internetowy i komórkowy jest fatalny i trzeba się napracować, żeby choć trochę go skapło.
Wyspa-góra.
Wulkaniczna, pylista, stroma, obfita w zieleń, kolory, czyste powietrze i obfity ocean; urodzajna ziemia, porośnięta dżunglą. Dzika, surowa i piękna – jak nieliczni ludzie, którzy są jeszcze w dużej i tetniacej jeszcze 30 lat temu wiosce.
—
Nie jest łatwo. I ten brak łatwości, ta surowość w dużej mierze przynosi jedne z większych skarbów lądujących w nas.
Prostota. Tak bardzo blisko ziemii, sedna. Tak blisko łańcucha pokarmowego, całego cyklu. Od zdobycia pożywienia do zjedzenia go na talerzu z rodziną. Spotkania ze śmiercią, czasem krwią i wnętrznościami. Z odpadami – naturalnymi i tymi stworzonymi przez człowieka. W miejscu gdzie wszystko ma swój początek i koniec i nie ma „away” do którego można coś wyrzucić.
Spotkania z najbardziej sprawnymi i zdrowymi fizycznie ludźmi jakich widziałem w życiu – którzy pracują na to swoją codziennością w jednym z czystszych miejsc na świecie. Ich dziką żywotnością i niezwykłym zespoleniem i zależnością z Ziemią (i Oceanem), na której żyją.
Codzienne spotkania z bólem, małymi ranami, infekcjami i wielkimi lekcjami, które niosą.
Spotkania z oszałamiającą przyrodą – starymi drzewami i oceanem, na którego potęgę, magię, majestat trudno znaleźć słowa.
Spotkania z brakiem – zasobów, sklepów, różnorodności jedzenia i wszelkich produktów konsumpcyjnego świata (np. papieru toaletowego),, internetu, zrozumienia z lokalnymi ludźmi.
Tak naprawdę bardzo uzdrawiające, często nieprzyjemne, w jakiś sposób piękne i uczące pokory spotkanie z limitami – naszymi własnymi i namacalnego świata wokół. Jedno z najważniejszych i najpotężniejszych doświadczeń z tego miejsca.
Spotkanie z tym, że jakieś 90-95 procent moich potrzeb materialnych w europejskim życiu to potrzeby wydumane, zmyślone, potrzeby – wydmuszki. Które w większości tylko oddalają mnie od tego, co naprawdę ważne. Od podstaw.
Czasem jesz jak Królowa z tymi wszystkimi rybami, krabami i świniami, a czasem ledwo jest co zjeść, bo puszki się kończą, a Ty masz już dość tego samego w kółko na telerzu. Niezależnie od zawartości Twojej sakiewki. I wtedy stary Nesquick z mlekiem w proszku i cukrem jest największą kulinarną rozkoszą.
I wreszcie
Spotkanie z konsekwencjami przeszłej i trwającej kolonizacji – przede wszystkim religijnej, edukacyjnej, ideologicznej i konsumpcyjnej. To historia tej wyludniajcej się jedynej na wyspie wioski. Bardzo smutna historia, bo za parę lat prawdopodobnie nie będzie tu nikt mieszkać.
Spotkanie ze słabościami i tym jak łatwo wybieramy, jako ja, my, jako ludzkość, to, co łatwe, zamiast tego, co właściwe i zdrowe.
—
To historia o Ciele-Ziemii.
Ciele-Oceanie.
Ciele-dżungli.
Kultura wyrośnięta z konkretnego czasu i miejsca na przeciwko bezdomnym ideologiom oderwanym od miejsca, przyrody i ludzi.
—
I dziwna sprawa, bo wystarczy że po 3 tygodniach wejdę na chwilę na fejsa i już myślę, że to życie moje tu jest tak bardzo niewystarczające i niekreatywne i zazdroszczę i ten cały motor który mnie napędzał do tego, żeby więcej i więcej i więcej, jest gotowy do rozpędu i parcia dalej do przodu.
Czy będziemy umieli zrobić użytek i cenić te wielkie skrzynie złota, które tu otrzymujemy już po powrocie, w świecie, który to bogactwo nazywa byciem biednym?
Nie wiem.
Duża część z tego, to mądrość naszych dziadków i Przodków, zalana plastikiem, postępem i bullshitem o nieskończonym wzroście i lepszym jutrze, gdy masz więcej.
—
W tym procesie lwią część roboty robią dwie książki, które tutaj czytam:
„Human – instructions to use” Nary Petrovica
Oraz
„Come of Age – a case for en elderhood in the times od trouble” Stephena Jenkinsona.
Tu, na drugim końcu świata, który już powoli i nieubłaganie staje się tym samym, co niestety jest wszędzie, odwracam się i patrzę na to, co stworzyli nasi (i innych) Przodkowie (zwykle chcąc jak najlepiej), na ten twór zwany współczesną globalną cywilizacją (czyli przede wszystkim na siebie samego) – patrzę z niedowierzaniem i uderza mnie pytanie: jak to się stało?! Jak mogliśmy do tego dopuścić?
Za szybko. Za dużo. Za łatwo. Za bardzo.
Mądrość, którą biorę z tych książek i z życia, którego tu doświadczam:
Rozwiązaniem problemów naszych czasów nie jest dodawać więcej, ale odejmować.
Aż zostanie to, co jest prawdziwym bogactwem.

0 komentarzy do “POWRÓT DO PODSTAW (TONGA)”