„Jeśli nie opłakujemy tego, za czym tęsknimy, nie honorujemy tego, co kochamy.
Jeśli nie opłakujemy tych, których straciliśmy, sami w jakiś sposób jesteśmy martwi.”

Martin Prethel, Grief and Praise

Zanim zaczniesz czytać ten tekst, upewnij się, że masz czas – jakieś 10 min – i miejsce, gdzie możesz być ze sobą i tym, co czujesz. Poczekam.

Jestem po pogrzebie bardzo bliskiej mi osoby.

Oprócz bólu straty doświadczałem bólu widząc jak ludzie, którzy ogromnie kochali zmarłą, pozwalali sobie czuć i wyrażać tylko kilka, może kilkanaście procent ekspresji swojej żałoby i straty (łącznie ze mną). Widziałem zagryzane wargi zaciskające ekspresję, przełykane uczucia, ciała usztywnione, żeby zachować kontrolę nad szlochem. Widziałem wstyd i próby bycia silnym, mocną – na co szło tak wiele energii życiowej!

Nawet w takich sytuacjach chowamy się ze swoją rozpaczą i głębokim szlochem i zawodzeniem. Wstydzimy się ich. Chowamy się z ekspresją miłości, która mogłaby tak bardzo ożywić nasze dusze i być tak pięknym i godnym pożegnaniem osoby, którą przecież tak bardzo kochamy.

Żeby sprawiać wrażenie silnych i „trzymających się” zamrażamy nasze serca i dusze w odrętwieniu i sprawiamy, że w jakiś sposób sami stajemy się martwi.

Większość rdzennych kultur, które poznawałem pośrednio lub bezpośrednio – Tongijczycy, Majanie, plemię Dagara w Afryce (żeby nazwać tylko kilka) – dla nich pogrzeb był potężnym rytuałem, podczas którego w kolektywnym i głębokim opłakiwaniu – głośnych zawodzeniach, nierzadko tarzaniem się po ziemi, czasem rwaniem włosów z głowy – oczyszczały się nagromadzone w codzienności smutki i żale. Gdzie ożywały serca robiąc miejsce na prawdziwe docenienie, wdzięczność, zachwyt i pochwałę, które przychodziły zaraz po prawdziwej żałobie.

Żałoba i opłakiwanie we wspólnocie było dla nich podstawową higieną duszy. (Francis Weller)

ŻAŁOBA W SUPERMARKECIE

Kilka tygodni po powrocie z Tonga płakałem w supermarkecie.

Dzień wcześniej oglądałem piękny film „The New World” (z 2005 roku z Collinem Farrellem) o przybyciu do Ameryki Północnej jednych z pierwszych osadników brytyjskich i ich spotkaniu z rdzennymi mieszkańcami. Film zestawia w poetycki sposób te dwa światy obok siebie, dwie kultury.

I ja, idąc przez alejki towarów zapakowanych w plastik obok spieszących się ludzi, przypomniałem sobie nocne wyjścia nad ocean po ryby, czy kraby, wspinanie się po kokosy, robienie jedzenia własnymi dłońmi i gotowanie na ogniu. Przyszedł ogromny smutek. Żałoba.

Dziś wydaje się to być tak bardzo odległe. Tak odległe wydaje się, że takie życie jest możliwe.

W którymś momencie, dopiero po powrocie, zdałem sobie sprawę, że przez kilka miesięcy żyłem życiem, w którym niemal mój każdy ruch i oddech był kontakcie z żywą Naturą, a codzienność w sporym stopniu wypełniona pracą fizyczną,  śmiechem, w dodatku zazwyczaj przy okazji spędzania czasu z przyjaciółmi i z rodziną. Tak tam życie było skonstruowane. ZDROWO.

Po powrocie niewiele z tego zostało.

ŻAŁOBA WSPÓŁCZESNOŚCI

Codzienność ogromnej liczby ludzi na świecie dziś to wojna. Dosłowna lub ekonomiczna. Lub strach i lęk o nią.

Czytałem przed chwilą o Izraelskich żołnierzach torturujących i zabijających palestyńskich mężczyzn na oczach ich żon i dzieci. W listopadzie czytałem o żołnierzach Hamasu zabijających młodych ludzi błagających o litość na muzycznym festiwalu, który żołnierze zaatakowali o świcie.

Takie wiadomości stają się coraz bardziej powszechne… i jednocześnie nie musimy mówić o wojnie, żeby widzieć jak jest źle.

Dzieci i nastolatki biorące leki, chore na depresje, tnące się, tonące w używkach, telefonach, popełniające samobójstwa.

Zanieczyszczone rzeki, oceany, pola, uprawy, powietrze. Zanieczyszczone nasze ciała.

Brak prawdziwej starszyzny, domy społeczne pełne samotnych starych ludzi czekających w lęku na śmierć oraz ludzie starzejący się, którzy uciekają przed śmiercią w żałosną pogoń za tym, co współczesność nazywa „młodością” coraz bardziej oddalając się od swoich dusz i tego, kim mogliby być dla młodszych od siebie.

Nuklearne rodziny heroicznie próbujące pogodzić ambicje, pracę, życie konsumenckie i jeszcze do tego mieć czas, żeby po prostu być ze swoimi dziećmi – pełni stresu, oceniania siebie i innych rodziców, samotni.

Relacje zapuszkowane w lęku o brak kontroli, o tym, co inni o nas pomyślą i że mogą odkryć, że nie jesteśmy idealni i mamy niekontrolowane uczucia.  Zamknięte serca, przerażone każdym większym poruszeniem mogącym przynieść ból i piękno.

Świętowanie sztucznej inteligencji, gdy nawet nie potrafimy być ludźmi w świecie.

„Pozwoliliśmy rynkowi, żeby zdefiniował nasze wartości. Zgodnie z nowym podejściem dobra społeczne zależą od rozrzutnego stylu życia, który wzbogaca sprzedawców, zubożając jednocześnie duszę i ziemię. (…)

(…) Zgodziliśmy się na wygnanie od nas samych, spędzając nasze piękne, wyjątkowe życia na zarabianiu coraz większej ilości pieniędzy, żeby kupić rzeczy, które karmią, ale nigdy nie sycą.

W dawnych czasach u rdzennych ludów pobłażanie sobie i egocentryzm uważano za wynaturzenie, obecnie opiewa się je jako sukces. „

Robin Wall Kimmerer, Pieśń Ziemi

Ten świat, ta rzeczywistość wciąga, oplata mackami i gęstą siecią sznurów, sieci, obowiązków, spraw, dokumentów i tabelek do wypełnienia, podpisów do złożenia. Tak, że zazwyczaj nawet jak już znajdziesz czas, żeby siebie poczuć i pomyśleć o życiu i stwierdzisz, że nie jest tak, jak chciałbyś, to szybko o tym zapominasz w nawale spraw albo po prostu w trudzie bycia z tym bólem.

Mimo wspaniałych i niesamowitych odkryć i możliwości mógłbym tak przejść przez niemal każdy aspekt życia (nie wszystkie) i mieć więcej niż wystarczająco powodów do bardzo długiej i bolesnej żałoby.



ŻAŁOBA RDZENNEJ DUSZY

Te stare, ludzkie kultury plemienne, rdzenne nie były idealne i większość z nich byłaby prawdopodobnie nie najlepszą odpowiedzią na problemy naszych czasów. Tongijczycy mieli wiele skaz, które mógłbym tu długo wymieniać. Na pewno też brakowało im dumy z bycia sobą, które wyobrażam sobie, że mieli ich Przodkowie jeszcze przed dziesiątkami, setkami lat przekazów, że są niecywilizowanymi dzikusami (do tej pory w szkołach ponadpodstawowych uczniowie są bici za mówienie w języku ich Przodków).

I wciąż, będąc z nimi, czułem coś, czego nie czułem od niemal żadnego cywilizowanego człowieka, nawet tych których najbardziej szanuję – czułem ich „rdzenną duszę” (termin od Martina Prethela). Rodzaj pierwotnego połączenia z miejscem, oceanem, ziemią, byciem, prostotą i życiem po prostu. Przy całej swojej nieidealności mieli w sobie coś, za czym tęskniłem całe życie i dopiero tam byłem w stanie to nazwać.

„Jesteśmy zaprogramowani do doświadczenia, które miało większość naszych Przodków – czyli życia plemiennego, wioskowego w codzienności. Życia z naturą w codzienności. Do wspólnych rytuałów i ceremonii, które znaczą ważne przejścia w naszych życiach. Tego oczekiwaliśmy i niemal żadna z tych rzeczy nie zmaterializowała się. Więc czujemy w ciałach bolące echo tego, na co nie mamy imienia, ale wiemy, że tego nie ma.”

Francis Weller, o żałobie

ŻAŁOBA PO ŚWIECIE, KTÓRY NIE WRÓCI

Film Terrenca Malicka „The New World” mówi o tym obrazami, a esej „Zaginiona Sztuka Opłakiwania” („The lost art of grief”) autorstwa Like Stories of Old  nazywa to wprost.

Głęboki smutek i tęsknotę, którą w rdzennej wiosce na Tonga na chwilę zapełniłem i która po powrocie zabolała jeszcze bardziej, tym razem bardziej rozpoznana i nazwana.

I jednocześnie – ten świat się kończy. Na Tonga, prawie wszędzie. Na całym świecie coraz mniej jest miejsc, jeśli w ogóle jeszcze są, gdzie ludzie mają w sobie jeszcze zapach „rdzennej duszy”. Bo „starego” już nie ma. Zachód jest wszędzie. I choć tak wiele jest ruchów szukających połączeń ze starym i tworzących nowe, nie ma powrotu.

Ogromny smutek przyszedł do mnie, gdy oglądając „The New World” zdałem sobie sprawę, że ten świat, na swój dziki sposób niewinny świat ludzi żyjących w zespoleniu z Ziemią i nie zanieczyszczonych pustką i chciwością Zachodu już nie wróci. Po prostu.

I żadne rytuały, ceremonie, wykopaliska i rekonstrukcje nie wrócą tego, co zostało stracone. Świat się zmienił.

Przyszłość nie jest znana i być może uda nam się jeszcze przy wielkim szczęściu i wsparciu Duchów, stworzyć coś pięknego, co będzie połączeniem kultur, które umiały troszczyć się o to, co troszczy się o nie i nas, ludzi Zachodu o otwartych umysłach, szukających drogi do swoich serc.

I wciąż: to, co było, nie wróci.

Nie umiałem tego przyjąć, bo nie umiałem czuć żałoby, którą ta świadomość niesie.

Powoli się tego uczę.


ŻAŁOBA PO BYCIU OK

To nie jest czas dla ludzi, którzy są OK, żeby być OK.”
Stephen Jenkinson

Od powrotu dostaję i dostajemy wciąż świetne rady od ( większości) ludzi, którzy jeszcze nie skończyli mnie słuchać, o zrozumieniu doświadczenia nawet nie marząc, a już wiedzą jak rozwiązać moje dylematy, pozbyć się bólu i być w miarę zadowolonym z życia człowiekiem.  Ludzie mówią, że się przyzwyczaisz, że musisz szybko wrócić do życia.

I jednocześnie jestem bardzo z pytaniem: czy ja chcę się tego bólu pozbywać?

Jakieś wydaje się to być szalone – pielęgnować ból życia w świecie zachodniej cywilizacji. Nie normalizować się. Nie szukać wszelkich sposobów, żeby czuć się OK w świecie, w którym wszystkie Twoje ludzkie części nie mają wątpliwości co do tego, że on nie jest OK.  Zamiast zaprzęgać siły i energię, żeby znów uczyć się jak tu przetrwać, używać ich, żeby pozostać niedopasowanym. Wydaje się to bardzo niepraktyczne. Jak wyżywić rodzinę? Nie wiem, nie mam jeszcze pojęcia.

I coraz bardziej myślę, że to jest OK. Że to jest w porządku nie radzić sobie z tym i nie wiedzieć. I czuć te wszystkie trudne uczucia, które za tym idą.


ŻAŁOBA PO ŻAŁOBIE

„Wszystkie wojny to rezultat niezmetabolizowanej żałoby”

Martin Prethel

Kiedy przestaliśmy opłakiwać? Kiedy przestaliśmy czuć? Dawać sobie czas i przestrzeń na łzy, na poruszenie serca, na żywość duszy?

Co sobie mówimy, gdy sami zabieramy sobie prawo do czucia i wyrażania miłości?

Że to wstyd? Że nie ma na to czasu? Że teraz trzeba działać? Że nie powinniśmy i musimy być silni? Że to jest brzydkie? Niemęskie? A może nieludzkie?

Gdy nie opłakujemy tego, co nasze serce opłakuje, część nas umiera i infekuje resztę naszej istoty tworząc martwotę, sztuczność. Ból zamienia się w depresję lub nienawiść i albo sami coraz bardziej umieramy za życia albo zabijamy innych, dosłownie lub nie.  Gdy nie opłakujemy, tworzymy rozwiązania, które pogłębiają problemy. Wtedy każdy krok jest dalej od słonecznych polan życia i coraz bardziej w stronę trzęsawiska krzywd, kompulsywnych działań, przemocy, zemsty.

Głębokie opłakiwanie tworzy przestrzeń na nowe i łączy z tym, co jest. Na docenienie, na obecność, na miłość i współczucie.

Co czujesz, gdy słyszysz, że każda nie opłakana żałoba, to kolejna rana dla Twojej duszy, którą sam sobie zadajesz?

Jaka jest odpowiedź duszy i serca na życie w cywilizacji, która jest tak skonstruowana, żeby duszę zabijać i więzić? Co oznacza bycie w kontakcie z duszą w tym świecie?

W głębi siebie jestem przekonany, że gdybym był NAPRAWDĘ szczery sobie i ze sobą i z tym, o czym tu piszę, to przez większość czasu, przez wiele dni, bym po prostu płakał.

Joana Macy napisała, że najbardziej radykalną rzeczą, którą możemy zrobić, to bycie w pełni obecnymi do tego, co dzieje się w świecie. I że opłakujemy tylko to, co naprawdę kochamy.  To daje nadzieję.

I być może czucie tego bólu, bycie z nim w kontakcie, to jeden z nielicznych sposób, żeby pozostać trzeźwym i normalnym w szalonym świecie.

Być może to jest sposób, żeby pozostać w kontakcie ze sobą i innymi istotami i tworzyć piękno.


Gdybyś mogła pozwolić sobie na luksus żałoby, opłakiwania, gdybyś mógł nie przejmować się, czy tym czy masz do tego wystarczająco dobre powody – co byś opłakała?

Za czym zawodziłoby Twoje złamane serce?

Jaką miłość uhonorowałbyś swoimi łzami?

Z miłością,
Marcin


0 komentarzy do “ZAGINIONA SZTUKA ŻAŁOBY”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powiązane wpisy

INICJACJA

Dlaczego do Serca potrzeba Wojownika?

DLACZEGO WOJOWNIK POTRZEBNY DO SERCA? – Czasami ludzie zadają to pytanie wprost, też uczestnicy. Często – już ponad 3 lata prowadząc warsztaty o tej nazwie – ja sam je sobie zadaję: o co z tym Read more...

Męskie sprawy

SERCE MÓWI SWOIMI SŁOWAMI

UWAGA: cały artykuł jest przetłumaczeniem cytatów i opracowań fragmentów książki Clintona Callahana pt. „Directing the power of conscious feelings”. „Jest różnica pomiędzy myśleniem a czuciem. Trudno nam zaakceptować czy znać tę różnicę, ponieważ w szkole Read more...

Teksty Inspiracje

Pasja

Dzisiaj zainspirował mnie Kuba. Kuba siedzi na drewnianym krześle w kuchni swojego mieszkania we Wrocławiu i opowiada. O bębnach, o sztuce, o nauce, o słuchaniu, o życiu. Dosłownie, metaforycznie. Z każdej strony, jak tylko chcesz. Read more...